środa, 27 grudnia 2017

Podsumowanie 2017 roku w kinie i trochę poza nim



Długo zastanawiałam się czy w tym roku zrobić podsumowanie. Bez oszukiwania – w 2017 roku bardziej niż kino pochłonęło mnie samo życie. W nadchodzącym roku pewnie wrócę już do normalności, będę siedzieć na dupie i oglądać filmy, a nie jeździć po świecie. Albo po prostu zbalansuję obie atrakcje. Żeby zestawienie cechowało się jakimkolwiek ładem, wybrałam tylko te filmy, które były wyświetlane w 2017 roku w polskich kinach, niezależnie od tego czy mowa tu o festiwalach, czy o tradycyjnej dystrybucji. Tym samym odcinam takie perełki jak „The Love Witch” czy „Brawl in Cell Block 99”. Ramy zawsze są źródłem bólu. Kolejność bez znaczenia.
1.  Serce miłości – relacja pary artystów odegrana w punkt, a Justyna Wasilewska to aktorski diament
2.  Baby driver – niby nic, a sprawia mnóstwo przyjemności, szczególnie audiofilom
3. Zabicie świętego jelenia – coraz bardziej przemawia do mnie język Lanthimosa, być może dlatego, że staje się cudownie autoironiczny
4. Szczęściarz – w tym roku umarli prawie wszyscy, jednak sposób w jaki z kinem i widzami pożegnał się Harry Dean Stanton sprawia, że to jego odejście chwyta mnie za serce najbardziej
5. The Square – co tu dużo pisać, sama prawda
6. Mięso – na pohybel hejterom
7. Aquarius – chciałoby się oglądać tylko filmy o tak wspaniałych bohaterkach
8. W ułamku sekundy – jak wyżej + cieszy mnie, że Akin znowu i nareszcie zrobił film, który tak mocno chwycił mnie za mordę jak Głową w mur



9. Captain Fantastic – wspaniale uwierzyć, choć przez te kilkadziesiąt minut, w taką rzeczywistość, wcale nie fantastyczną, ale prawdziwie piękną
10. Śmierć Ludwika XIV – bo umierać też trzeba umieć!
11. Przeżyć: metoda Houellebecqa – z jednej strony niezbyt podobał mi się ten film, z drugiej, nie mogę mu zaprzeczyć – tak trzeba wracać do życia! No i kochany jak zawsze Iggy
12. Blade Runner 2049 – daleko mu do pierwszej części, ale i tak jest piękny i nie aż tak głupi, jak się spodziewałam
13. Disaster Artist – film, który udowadnia, że długotrwały śmiech może być bolesny
14. Maya Dardel – stawia dużo ciekawych pytań, nie pointując ich w żaden nieznośny sposób. No i, niestety, bardzo rzadko można zobaczyć portret kobiety-artystki, która chwilami ma coś ciekawego do powiedzenia
15. Manchester by the Sea – porusza jak diabli

Lucia Berlin


Wyróżnienia literackie będą jeszcze skromniejsze. Wszystko przez mojego kolegę, który ma nieskazitelny gust i polecił mi Bakunowego faktora. Jest to rewelacyjna powieść, w której dzieje się wszystko. Doskonale napisana, wciągająca, przygodowa, ale też przemyśleniowa. Jednym słowem – dzieło nad dziełami. Jej jedynym minusem jest to, że liczy jakieś milion stron, przez co nie zabieram jej ze sobą w podróże i przejażdżki do pracy, i będę ją pewnie sączyć pięć lat. Ale jakie piękne będą te lata! 

1. Tam Natasza Goerke – na nową powieść Nataszy Goerke czekałam od czasów nastoletnich i choć uwielbiam jej opowiadania, to cieszę się, że tak długie milczenie autorka przerwała właśnie tak nieoczywistą formą reportażu. Nepal w jej ujęciu jest absurdalny, zabawny, magiczny, ale też sukcesywnie niszczony przez turystów – przyjezdnych z Zachodu panów świata, roszczeniowych i zupełnie pozbawionych empatii. Prowokuje do myślenia, szczególnie w czasach, w których w takich programach jak Azja Express bierze udział nawet Tymon Tymański.
2. Instrukcja dla pań sprzątających Lucia Berlin – trudno pisać mi o tych opowiadaniach, bo bardzo utożsamiam się z autorką i taką samą pamiątkę chciałabym zostawić po swoim życiu. „Często przesadzam i mieszam fikcję z rzeczywistością, ale tak naprawdę nigdy nie kłamię” – to kwintesencja mnie. Lucii zazdroszczę jednak geniuszu formy, talentu do opisywania szczegółów i konstruowania opowieści, które pomimo tego, że opisują powszedniość, zaskakują nieprzystającymi do niej elementami. W sprzątanych mieszkaniach, jak gdyby nigdy nic, nagle wypada lusterko do kokainy. W zwykłej historii nagle pojawiają się wspomnienia czegoś niezwykle złego – śmierci, molestowania, końca romansu. Nie dajcie się nabrać – Berlin to nie kura domowa, alkoholiczka, która opowiada o uczeniu w szkole i swojej rodzinie. To solidnie wykształcona pisarka, którą śmiało można porównywać i do Flauberta i do Czechowa.
3. Zapiski z domu wariatów Christine Lavant – krótki dziennik spisany przez autorkę 11 lat po pobycie w zakładzie psychiatrycznym. Pisząc recenzję (tu), miałam duży problem z tą książką, wyrzucanie słów na jej temat szło mi opornie jak nigdy. Bo niby co w niej takiego – opowieść o pobycie w psychiatryku, jakich wiele. Jednak łapię się na tym, że coraz częściej wracam myślami do tej książki. Do spostrzeżeń Lavant dotyczących klasowości, traktowania pacjentów zależnego od ich zamożności i pochodzenia. Wiadomo, to kwestie, które nadal się nie zmieniły, choć wspomnienia pisarki dotyczą 1935 roku. Natomiast najciekawsze wydaje mi się ukazanie, jak łatwo wchodzimy w sztucznie tworzone hierarchie, nawet jeśli trafia nam się rola outsidera, jak szybko przejmujemy najbardziej chore reguły gry. Bardzo werystyczny, ale nie pozbawiony poezji, opis pobytu w miejscu, w którym parę lat później dokonano eksterminacji chorych umysłowo pacjentów.
Żeby nie było zbyt feministycznie wisienka na torcie i absolutnie najlepsza rzecz jaka ukazała się na rynku wydawniczym w tym roku – Atrament melancholii Jeana Starobinskiego. Już samo przejrzenie spisu treści zapowiada długie godziny intelektualnej i psychicznej rozkoszy (tak, dla mnie czytanie o smutku jest źródłem przyjemności). Książka dopiero została znaleziona przeze mnie pod choinką, więc nie rozpiszę się przesadnie na jej temat. Zresztą, to obiekt introwertycznych odkryć, a nie dobry temat do dyskusji i porównywania wrażeń.

sobota, 4 listopada 2017

8. American Film Festival

Maya Dardel

Lubię mieć poczucie spójności. Choć podskórnie czuję, że świat jest nieokiełznanym chaosem, to wolę jednak wierzyć w spójne narracje, zbierać fragmenty puzzli, które do siebie pasują i budować sobie w głowie prostą historię świata, w którym kolejno odkrywane karty łączą się ze sobą i tworzą jasny przekaz. Podobnie jest u mnie z moralnością. Zbrodnia musi wiązać się z karą, w innym wypadku umysł rozpada mi się na cząsteczki i muszę układać sobie historię świata od nowa. Dlatego dużo satysfakcji przyniosła mi 8. edycja American Film Festival. Motywy i tematy trzynastu obejrzanych przeze mnie filmów ściśle splatały się ze sobą. Również moje poczucie moralności zostało czule połechtane – choć nie każdy skurwysyn został należycie ukarany, to i tam mam poczucie, że sprawiedliwości stało się zadość.  Będzie trochę spoilerów, najbardziej niebezpieczne dotyczą filmów Suburbicon i The Naked Kiss.

Suburbicon
Pierwotny instynkt

W dokumencie Tigrero: Film, który nigdy nie powstał, Samuel Fuller opowiada Jimowi Jarmuschowi o kluczowej scenie, w swoim niezrealizowanym filmie. Główny bohater, w obawie o własne życie, nie ratuje z opresji ukochanej. Kobieta szaleje, oskarża go o brak miłości, chce się rozstać. Na to wszystko przychodzi John Wayne i tłumaczy jej prosty mechanizm. On kocha ją tylko odrobinę mniej niż siebie samego, a podstawowym instynktem kierującym naszym życiem jest lęk przed własną śmiercią. Fuller nazywa to szczerym podejściem do miłości. Prawdziwym, w przeciwieństwie do hollywoodzkiego heroizmu. Podobnie rzecz się ma we Wielkiej Czerwonej Jedynce – żołnierze próbują zamienić się numerami, by jak najbardziej opóźnić swoje wyjście na front. Kiedy giną drugoplanowi bohaterowie czujemy się bezpiecznie, jednak kiedy wyliczanka zaczyna zbliżać się do postaci pierwszoplanowych, wyraźnie scharakteryzowanych, napięcie zaczyna być nieznośne.
Tigrero to pierwszy film, jaki zobaczyłam na Festiwalu, ostatnim był Suburbicon George’a Clooneya i trudniej o lepszą klamrę. Główny bohater, grany przez Matta Damona, kierowany jest tym samym pierwotnym instynktem – choć na początku głównym celem jego działań jest rozpoczęcie życia z ukochaną kobietą, to wraz z biegiem akcji nie mamy złudzeń, że kieruje nim tylko jedno – lęk przed śmiercią, silniejszy od moralności czy miłości do własnego dziecka. Bracia Coen, którzy są współautorami scenariusza, podobnie jak Fuller z dużą przyjemnością przebijają bańkę hollywoodzkich zmyśleń i pokazują, jak dalekie od american dream jest i było życie w Stanach Zjednoczonych.
Shock Corridor
Ameryka bez retuszu

Problem pierwszy: rasizm.
Na idealnych, białych przedmieściach Suburbicon zamieszkuje czarnoskóra rodzina, co jest przyczyną ogromnego skandalu. Sąsiedzi budują ogromny płot, by na nich nie patrzeć, gromadzą się wieczorami pod ich domem, by śpiewem burzyć ich spokój i wypędzić ich ze spokojnego osiedla. Kulminacją jest niszczenie ich mienia i zamieszki. Oczywiście czarnoskóra rodzina jest obwiniana za te kłopoty. Przedmieścia były spokojne, dopóki oni tu nie zamieszkali. Są też kozłem ofiarnym w sprawie Matta Damona – przecież zanim się pojawili był porządnym obywatelem. Choć film w reżyserii Clooneya jest dość naiwny i czarno-biały (ale za to trzymający w niesamowitym napięciu!) to należy docenić świetne przedstawienie mechanizmu funkcjonowania kozła ofiarnego, obarczanego winą za każde głupie zachowanie i brak odpowiedzialności reszty społeczności.
Wrażenie robi wątek rasistowski w Shock Corridor, typowy dla Fullera cios w twarz widza. Przemówienie jednego z pacjentów szpitala psychiatrycznego, któremu poduszka zastępuje kaptur Ku Klux Klanu, zostało stworzone na bazie notatek, spisanych przez reżysera jeszcze w trakcie jego kariery dziennikarskiej, podczas jednego z autentycznych spotkań zgrupowania. Ciąg wypowiadanych nonsensów burzy krew, tym bardziej, że samozwańczym przywódcą szpitalnego KKK jest młody, czarnoskóry chłopak. Każdy z pacjentów szpitala w Shock Corridor ma moment „zdrowego” myślenia, zaraz po przebudzeniu. Czarnoskóry chłopak również i właśnie scena, podczas której, patrząc wprost w kamerę, recytuje wszystkie usłyszane obelgi, jest najmocniejszym policzkiem, jaki wymierza widzowi Fuller.

Problem drugi: pedofilia
W The Naked Kiss pedofilia jest dewiacją bogatego i szanowanego bohatera. Nie inaczej jest w Nigdy tu nie byłeś Lynne Ramsay, w którym dziewczynkami wymieniają się możni politycy. W pierwszym filmie pedofilia budzi szok, w drugim nie dziwi, ale jeszcze bardziej niszczy psychikę głównego bohatera. W obu przypadkach nie jest to problem, nad którym twórcy przesadnie rozmyślają, który próbują zrozumieć czy analizować, tylko symbol największego możliwego zła, totalnej demoralizacji.

Problem trzeci: podwójna moralność
Bohaterki Fullera, bohatera retrospektywy, to kobiety upadłe, o gołębim sercu, jednak dużo ciekawsze niż nawrócone kurtyzany z hollywoodzkich produkcji. Grane przez Constance Towers bohaterki są realistkami, skazanymi na niepowodzenie. Fullera, braci Coen i Ramsay łączy pogląd, że za najpiękniejszą fasadą czai się największe zło. Zaś stereotyp, że najbardziej zdemoralizowani się najbardziej możni i szanowani obywatele, jest wciąż aktualny.
The Disaster Artist
Artyści - pomiędzy autodestrukcją a błogosławioną głupotą

Pora przejść do nieco lżejszych tematów. O czym można marzyć w Ameryce, a konkretnie w Kalifornii? O karierze filmowej. To marzenie łączy Tommy’ego Wiseau i bohaterów California Dreams. Autor jednego z najgorszych filmów w historii, The Room, grany w The Disaster Artist przed Jamesa Franco, oraz aspirujący aktorzy z ni to dokumentu ni to fabuły Mike’a Otta, to koszmary senne wszystkich osób przeprowadzających castingi. Niedostatki inteligencji, wyglądu, akcentu i przede wszystkim talentu oraz życiowa nieporadność to kolejne cechy wspólne przedstawionych postaci. Mimo samych negatywnych atrybutów Cory Zacharia i Tommy odnoszą sukces. Wiseau wciąż zarabia na swoim kultowym filmie, bohater California Dreams znajduje pieniądze na ziemi, dzięki czemu może wyjechać kręcić film do Berlina. Choć na obu produkcjach dużo się śmiałam, to są mi trochę solą w oku i burzą moją spójną wizję świata, w której ile masz, tyle dostajesz. Z drugiej strony – czy jest jakieś lepsze ziszczenie american dream niż droga od nieudacznika do gwiazdy?
Dużo bardziej przemawiają do mnie opowieści o autodestrukcji. Człowiek-cień, dokument o Richardzie Hambletonie, naprawdę genialnym artyście, który obok Basquiata i Haringa był najbardziej znanym i cenionym nowojorskim street-artowcem lat osiemdziesiątych. Choć jego talent nie wyczerpał się, i autor nadal otrzymuje wysokie honoraria, to mimo uzyskanych pieniędzy często bywa bezdomny. Cierpi na raka i skoliozę, jednak nie ma zamiaru iść do szpitala. Jego słabość do narkotyków jest o wiele ciekawsza niż typowa, artystyczna autodestrukcja. To niemal mistyczne pozbywanie się ego, niszczenie osobowości, która swego czasu była przedmiotem uwielbienia amerykańskiej śmietanki towarzyskiej. Opowieścią o autodestrukcji, pozbawioną jednak artystycznych i socjologicznych myśli, jest podana w odcieniach giallo Ulica marzeń. Tu zwyczajna, niewyróżniająca się niczym bohaterka sama doprowadza się do szaleństwa tworząc wyimaginowany związek z nowo poznanym Francuzem. Ciekawą wypowiedzią na temat autodestrukcji może być też Złote wyjście, opowieść o blokujących i niesatysfakcjonujących relacjach, w które nieustannie wchodzimy.
Lucky
Uśmiechnij się do swojego przeznaczenia

Niedawno pisałam o starzeniu się i dojrzałych aktorkach. Trudno o lepsze uzupełnienie tej opowieści niż Maya Dardel. Główna bohaterka, grana przez zjawiskową Lenę Olin, to sześćdziesięcioletnia pisarka, która postanawia popełnić samobójstwo. Sama dla siebie stała się rozczarowaniem, nie pisze już tak dobrych książek jak w wieku trzydziestu lat. Zanim jednak przejdzie od słów do czynów, chce znaleźć swojego spadkobiercę. Mężczyznę (kobiece pisanie jest według niej beznadziejne), młodego pisarza, który odziedziczy nie tylko jej dom i majątek, ale przede wszystkim będzie miał dostęp do jej spuścizny literackiej. Dużo tu poważnych, ciekawych konstatacji, ale też poczucia humoru. Wrażenie robi jednak tak duża wiara bohaterki w moc sztuki, w emanację geniuszu jej umysłu, którą należy ocalić i szanować, nawet za cenę własnego życia. Życie przemija, sztuka pozostaje.
Zupełnie inaczej jest w The Ghost Story. W tej oryginalnej historii o duchach, wszystko zostaje sprowadzone do pustki i nicości. Życie się kończy, ale także ludzkość się kończy i niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy w to wierzyć, za kilkaset, albo kilka tysięcy lat, nikt nie będzie pamiętał o istnieniu wielkich pisarzy czy wielkich muzyków.
Drogę w stronę pustki pokonuje też w Szczęściarzu, tytułowy bohater grany przez wspaniałego, nieodżałowanego Harry’ego Deana Stantona. Lucky cieszy się dobrym zdrowiem (mimo wypalanych papierosów i pitej gorzały), jednak pewnego dnia staje twarzą w twarz z myślą, że śmierć dosięgnie i jego. Lęk i przerażenie koi dopiero przypadkowe spotkanie z żołnierzem, który opowiada mu o małej dziewczynce, która uśmiechnęła się do niego podczas wojny. Nie uśmiechała się z radości, że widzi żywych ludzi, którzy mogą ją uratować. Nie, była buddystką, przekonaną, że amerykańscy żołnierze zaraz ją zabiją, więc po prostu, pogodzona ze  światem, uśmiechała się do swego przeznaczenia. Tak samo postępuje Lucky, czule uśmiechając się wprost do kamery.
Przyszedł czas na klamrę. Na pytanie „jak żyć?” znajdziemy odpowiedź w Tigrero, od którego zaczęła się wędrówka przez podjęte na American Film Festival tematy. Fullerowi imponują Indianie, uważa ich za ludzi dużo lepszych niż my, a podstawową rzeczą, której powinniśmy się od nich uczyć jest radość. Czysta i niezmącona nawet, jeśli na końcu czai się jedynie pustka. Słowa Fullera mogą wydać się banalne, jednak kiedy widzi się dziecięcą radość w jego oczach (poważnie, przez cały czas oglądania dokumentu nie mogłam uwierzyć, że w tak dojrzałym wieku można mieć tak radosne spojrzenie, szczególnie robiąc takie filmy jak Fuller), nie sposób nie wziąć ich sobie do serca.