sobota, 4 listopada 2017

8. American Film Festival

Maya Dardel

Lubię mieć poczucie spójności. Choć podskórnie czuję, że świat jest nieokiełznanym chaosem, to wolę jednak wierzyć w spójne narracje, zbierać fragmenty puzzli, które do siebie pasują i budować sobie w głowie prostą historię świata, w którym kolejno odkrywane karty łączą się ze sobą i tworzą jasny przekaz. Podobnie jest u mnie z moralnością. Zbrodnia musi wiązać się z karą, w innym wypadku umysł rozpada mi się na cząsteczki i muszę układać sobie historię świata od nowa. Dlatego dużo satysfakcji przyniosła mi 8. edycja American Film Festival. Motywy i tematy trzynastu obejrzanych przeze mnie filmów ściśle splatały się ze sobą. Również moje poczucie moralności zostało czule połechtane – choć nie każdy skurwysyn został należycie ukarany, to i tam mam poczucie, że sprawiedliwości stało się zadość.  Będzie trochę spoilerów, najbardziej niebezpieczne dotyczą filmów Suburbicon i The Naked Kiss.

Suburbicon
Pierwotny instynkt

W dokumencie Tigrero: Film, który nigdy nie powstał, Samuel Fuller opowiada Jimowi Jarmuschowi o kluczowej scenie, w swoim niezrealizowanym filmie. Główny bohater, w obawie o własne życie, nie ratuje z opresji ukochanej. Kobieta szaleje, oskarża go o brak miłości, chce się rozstać. Na to wszystko przychodzi John Wayne i tłumaczy jej prosty mechanizm. On kocha ją tylko odrobinę mniej niż siebie samego, a podstawowym instynktem kierującym naszym życiem jest lęk przed własną śmiercią. Fuller nazywa to szczerym podejściem do miłości. Prawdziwym, w przeciwieństwie do hollywoodzkiego heroizmu. Podobnie rzecz się ma we Wielkiej Czerwonej Jedynce – żołnierze próbują zamienić się numerami, by jak najbardziej opóźnić swoje wyjście na front. Kiedy giną drugoplanowi bohaterowie czujemy się bezpiecznie, jednak kiedy wyliczanka zaczyna zbliżać się do postaci pierwszoplanowych, wyraźnie scharakteryzowanych, napięcie zaczyna być nieznośne.
Tigrero to pierwszy film, jaki zobaczyłam na Festiwalu, ostatnim był Suburbicon George’a Clooneya i trudniej o lepszą klamrę. Główny bohater, grany przez Matta Damona, kierowany jest tym samym pierwotnym instynktem – choć na początku głównym celem jego działań jest rozpoczęcie życia z ukochaną kobietą, to wraz z biegiem akcji nie mamy złudzeń, że kieruje nim tylko jedno – lęk przed śmiercią, silniejszy od moralności czy miłości do własnego dziecka. Bracia Coen, którzy są współautorami scenariusza, podobnie jak Fuller z dużą przyjemnością przebijają bańkę hollywoodzkich zmyśleń i pokazują, jak dalekie od american dream jest i było życie w Stanach Zjednoczonych.
Shock Corridor
Ameryka bez retuszu

Problem pierwszy: rasizm.
Na idealnych, białych przedmieściach Suburbicon zamieszkuje czarnoskóra rodzina, co jest przyczyną ogromnego skandalu. Sąsiedzi budują ogromny płot, by na nich nie patrzeć, gromadzą się wieczorami pod ich domem, by śpiewem burzyć ich spokój i wypędzić ich ze spokojnego osiedla. Kulminacją jest niszczenie ich mienia i zamieszki. Oczywiście czarnoskóra rodzina jest obwiniana za te kłopoty. Przedmieścia były spokojne, dopóki oni tu nie zamieszkali. Są też kozłem ofiarnym w sprawie Matta Damona – przecież zanim się pojawili był porządnym obywatelem. Choć film w reżyserii Clooneya jest dość naiwny i czarno-biały (ale za to trzymający w niesamowitym napięciu!) to należy docenić świetne przedstawienie mechanizmu funkcjonowania kozła ofiarnego, obarczanego winą za każde głupie zachowanie i brak odpowiedzialności reszty społeczności.
Wrażenie robi wątek rasistowski w Shock Corridor, typowy dla Fullera cios w twarz widza. Przemówienie jednego z pacjentów szpitala psychiatrycznego, któremu poduszka zastępuje kaptur Ku Klux Klanu, zostało stworzone na bazie notatek, spisanych przez reżysera jeszcze w trakcie jego kariery dziennikarskiej, podczas jednego z autentycznych spotkań zgrupowania. Ciąg wypowiadanych nonsensów burzy krew, tym bardziej, że samozwańczym przywódcą szpitalnego KKK jest młody, czarnoskóry chłopak. Każdy z pacjentów szpitala w Shock Corridor ma moment „zdrowego” myślenia, zaraz po przebudzeniu. Czarnoskóry chłopak również i właśnie scena, podczas której, patrząc wprost w kamerę, recytuje wszystkie usłyszane obelgi, jest najmocniejszym policzkiem, jaki wymierza widzowi Fuller.

Problem drugi: pedofilia
W The Naked Kiss pedofilia jest dewiacją bogatego i szanowanego bohatera. Nie inaczej jest w Nigdy tu nie byłeś Lynne Ramsay, w którym dziewczynkami wymieniają się możni politycy. W pierwszym filmie pedofilia budzi szok, w drugim nie dziwi, ale jeszcze bardziej niszczy psychikę głównego bohatera. W obu przypadkach nie jest to problem, nad którym twórcy przesadnie rozmyślają, który próbują zrozumieć czy analizować, tylko symbol największego możliwego zła, totalnej demoralizacji.

Problem trzeci: podwójna moralność
Bohaterki Fullera, bohatera retrospektywy, to kobiety upadłe, o gołębim sercu, jednak dużo ciekawsze niż nawrócone kurtyzany z hollywoodzkich produkcji. Grane przez Constance Towers bohaterki są realistkami, skazanymi na niepowodzenie. Fullera, braci Coen i Ramsay łączy pogląd, że za najpiękniejszą fasadą czai się największe zło. Zaś stereotyp, że najbardziej zdemoralizowani się najbardziej możni i szanowani obywatele, jest wciąż aktualny.
The Disaster Artist
Artyści - pomiędzy autodestrukcją a błogosławioną głupotą

Pora przejść do nieco lżejszych tematów. O czym można marzyć w Ameryce, a konkretnie w Kalifornii? O karierze filmowej. To marzenie łączy Tommy’ego Wiseau i bohaterów California Dreams. Autor jednego z najgorszych filmów w historii, The Room, grany w The Disaster Artist przed Jamesa Franco, oraz aspirujący aktorzy z ni to dokumentu ni to fabuły Mike’a Otta, to koszmary senne wszystkich osób przeprowadzających castingi. Niedostatki inteligencji, wyglądu, akcentu i przede wszystkim talentu oraz życiowa nieporadność to kolejne cechy wspólne przedstawionych postaci. Mimo samych negatywnych atrybutów Cory Zacharia i Tommy odnoszą sukces. Wiseau wciąż zarabia na swoim kultowym filmie, bohater California Dreams znajduje pieniądze na ziemi, dzięki czemu może wyjechać kręcić film do Berlina. Choć na obu produkcjach dużo się śmiałam, to są mi trochę solą w oku i burzą moją spójną wizję świata, w której ile masz, tyle dostajesz. Z drugiej strony – czy jest jakieś lepsze ziszczenie american dream niż droga od nieudacznika do gwiazdy?
Dużo bardziej przemawiają do mnie opowieści o autodestrukcji. Człowiek-cień, dokument o Richardzie Hambletonie, naprawdę genialnym artyście, który obok Basquiata i Haringa był najbardziej znanym i cenionym nowojorskim street-artowcem lat osiemdziesiątych. Choć jego talent nie wyczerpał się, i autor nadal otrzymuje wysokie honoraria, to mimo uzyskanych pieniędzy często bywa bezdomny. Cierpi na raka i skoliozę, jednak nie ma zamiaru iść do szpitala. Jego słabość do narkotyków jest o wiele ciekawsza niż typowa, artystyczna autodestrukcja. To niemal mistyczne pozbywanie się ego, niszczenie osobowości, która swego czasu była przedmiotem uwielbienia amerykańskiej śmietanki towarzyskiej. Opowieścią o autodestrukcji, pozbawioną jednak artystycznych i socjologicznych myśli, jest podana w odcieniach giallo Ulica marzeń. Tu zwyczajna, niewyróżniająca się niczym bohaterka sama doprowadza się do szaleństwa tworząc wyimaginowany związek z nowo poznanym Francuzem. Ciekawą wypowiedzią na temat autodestrukcji może być też Złote wyjście, opowieść o blokujących i niesatysfakcjonujących relacjach, w które nieustannie wchodzimy.
Lucky
Uśmiechnij się do swojego przeznaczenia

Niedawno pisałam o starzeniu się i dojrzałych aktorkach. Trudno o lepsze uzupełnienie tej opowieści niż Maya Dardel. Główna bohaterka, grana przez zjawiskową Lenę Olin, to sześćdziesięcioletnia pisarka, która postanawia popełnić samobójstwo. Sama dla siebie stała się rozczarowaniem, nie pisze już tak dobrych książek jak w wieku trzydziestu lat. Zanim jednak przejdzie od słów do czynów, chce znaleźć swojego spadkobiercę. Mężczyznę (kobiece pisanie jest według niej beznadziejne), młodego pisarza, który odziedziczy nie tylko jej dom i majątek, ale przede wszystkim będzie miał dostęp do jej spuścizny literackiej. Dużo tu poważnych, ciekawych konstatacji, ale też poczucia humoru. Wrażenie robi jednak tak duża wiara bohaterki w moc sztuki, w emanację geniuszu jej umysłu, którą należy ocalić i szanować, nawet za cenę własnego życia. Życie przemija, sztuka pozostaje.
Zupełnie inaczej jest w The Ghost Story. W tej oryginalnej historii o duchach, wszystko zostaje sprowadzone do pustki i nicości. Życie się kończy, ale także ludzkość się kończy i niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy w to wierzyć, za kilkaset, albo kilka tysięcy lat, nikt nie będzie pamiętał o istnieniu wielkich pisarzy czy wielkich muzyków.
Drogę w stronę pustki pokonuje też w Szczęściarzu, tytułowy bohater grany przez wspaniałego, nieodżałowanego Harry’ego Deana Stantona. Lucky cieszy się dobrym zdrowiem (mimo wypalanych papierosów i pitej gorzały), jednak pewnego dnia staje twarzą w twarz z myślą, że śmierć dosięgnie i jego. Lęk i przerażenie koi dopiero przypadkowe spotkanie z żołnierzem, który opowiada mu o małej dziewczynce, która uśmiechnęła się do niego podczas wojny. Nie uśmiechała się z radości, że widzi żywych ludzi, którzy mogą ją uratować. Nie, była buddystką, przekonaną, że amerykańscy żołnierze zaraz ją zabiją, więc po prostu, pogodzona ze  światem, uśmiechała się do swego przeznaczenia. Tak samo postępuje Lucky, czule uśmiechając się wprost do kamery.
Przyszedł czas na klamrę. Na pytanie „jak żyć?” znajdziemy odpowiedź w Tigrero, od którego zaczęła się wędrówka przez podjęte na American Film Festival tematy. Fullerowi imponują Indianie, uważa ich za ludzi dużo lepszych niż my, a podstawową rzeczą, której powinniśmy się od nich uczyć jest radość. Czysta i niezmącona nawet, jeśli na końcu czai się jedynie pustka. Słowa Fullera mogą wydać się banalne, jednak kiedy widzi się dziecięcą radość w jego oczach (poważnie, przez cały czas oglądania dokumentu nie mogłam uwierzyć, że w tak dojrzałym wieku można mieć tak radosne spojrzenie, szczególnie robiąc takie filmy jak Fuller), nie sposób nie wziąć ich sobie do serca.

poniedziałek, 2 października 2017

Ars Independent 2017

fot. Michał Jędrzejowski


Tegoroczna identyfikacja wizualna Ars Independent dotyka jednego z największych problemów współczesności – nadmiaru. Nadmiaru bodźców, obrazów, dźwięków i znaczeń płynących do naszych umysłów z wirtualnego świata. Obok Damy z łasiczką - frytki i ketchup, obok kotów i słodkich zwierzątek – zdjęcie autobusu i Joanny Krupy. Z tego jak trudno znaleźć ciekawy, ważny przekaz wśród zalewy komunikatów, doskonale zdajecie sobie sprawę. Ars Independent jest o tyle ciekawym zjawiskiem, że dla swoich odbiorców wyławia nie tylko rzeczy wybitne czy dobre, ale też te najgorsze, dzięki czemu uczestnicząc w festiwalu możemy pokusić się o stwierdzenie, że mamy w miarę pełny obraz tego, co teraz dzieje się w świecie filmu, gier czy animacji – bez zbędnego wartościowania. Chyba dlatego ten festiwal jest tak ważny i z roku na rok przyciąga coraz większe grono odbiorców – po prostu jest na wskroś nowoczesny, aktualny i zawsze uda mu się poruszać tematy, które są aktualnie na audiowizualnym topie. To wnioski ogólne, tak bardziej prywatnie muszę przyznać, że uwielbiam w tym festiwalu prawdziwą pasję jego twórców. To, że pozwala kuratorom puszczać wyłowione perełki gronu, które znacznie wykracza poza sferę bliższych lub dalszych znajomych. To, że każdy z organizatorów ma zupełnie nietuzinkowy gust, co, gdy każdy z nich może wybrać jeden film konkursowy, z kompetycji o miano najlepszej produkcji czyni cudownie eklektyczny miks. To, że niezależnie od tego czy jesteś nerdem filmowym, czy spędzasz nad grami ¾ życia – poczujesz się tu jak w domu. Mówiąc górnolotnie, podoba mi się, że mimo tego, że Ars Independent doskonale odnajduje się w świecie nowych mediów i jest totalnie nowoczesny, to pierwiastek „człowieczy” ma w nim spore znaczenie. To festiwal, na którym grono ludzi wspólnie jara się totalnie złymi i totalnie dobrymi rzeczami i jest to po prostu fajne.
#Czarny_Koń_Filmu
Tegoroczny konkurs, na tle poprzednich edycji, wyjątkowo mi się podobał. Choć nie wszystko mnie zachwyciło, to tym razem nie było żadnej „skuchy”. Nawet filmy, które nieco mnie męczyły, na poziomie realizacyjnym i koncepcyjnym były szalenie ciekawe. Bardzo spodobał mi się Quality Time, oryginalny film o tym, że wszyscy jesteśmy nieudacznikami. Dlaczego oryginalny? Obraz składa się z pięciu opowieści, zupełnie różnych w formie, z których każda jest utkana w sposób daleki od klasycznego pojmowania kina. Zaczynamy od animacji kojarzącej się z starodawną, komputerową grą. Estetyka gier będzie kontynuowana też w drugiej etiudzie. Choć kręcona jest już w tradycyjny sposób, dialogi między postaciami są przedstawiane jako napisy pojawiające się nad ich głowami. W środkowej części zwyczajna narracja jest uzupełniona niezwyczajną historią – bohater chcąc uleczyć się z traumy, wspomaga się wehikułem czasu i inscenizuje przed swoją dziecięcą inkarnacją baśnie, mające dać mu poczucie siły. Czwarta sekwencja jest równie absurdalna. To nawiązująca w formie do niemego kina opowieść o porwaniu przez kosmitów (i nie tylko). Ostatnia część, najbardziej „normalna” to prosta historia muzyka, który poznaje rodzinę swojej dziewczyny i naraża się na nieustanne kompromitacje. Tym, co łączy wszystkich męskich (tak, to ważne) bohaterów jest dramatyczna nieumiejętność odnalezienia się w życiu. Zwyczajna niedojrzałość, która każe im nieustannie zatapiać się w przeszłości lub szukać w innych przyczyny swojego nieszczęścia.
Z Żegnaj entuzjazmie było mi już mniej po drodze. Film jest równie zabawny, ale też niepokojący i tajemniczy. To udana próba pokazania pęknięcia komórki rodzinnej, przez bardzo prosty zabieg, którego zdradzać nie będę. Trudno mi zarzucić coś tej produkcji, po prostu nie trafiła do mnie aż tak jak poprzedni film. A może brakowało mi w niej bardziej wyrazistej pointy? Kolejnym ciekawym kandydatem do tytułu Czarnego Konia Filmu była irańska Symulacja. Trochę Dogville, trochę Nieodwracalne, a trochę kino Asghara Farhadiego. Mogłabym napisać stronę o łebsko wymyślonej inscenizacji i kulturowych smaczkach, jednak wydaje mi się, że ten zestaw odnośników wystarczająco nakreśla temat i formę Symulacji. Cierpkie mleko to poprawny film, odnoszący sukcesy tu i ówdzie, który jednak nie pozostawił we mnie żadnego śladu. To chyba jedyny seans, który nie dał mi absolutnie nic i o którym zapomniałam w kilka minut po obejrzeniu. Z drugiej strony, zaraz po Cierpkim mleku pokazano Serce miłości. Bardzo dobrze, że był puszczany jako ostatni konkursowy film, bo całkowicie zdeklasował konkurencję. Podobnie jak w przypadku Jubileuszu, tak i tutaj dostałam tak pokaźną dawkę sztuki i emocji, że nie byłabym w stanie przyjąć po tym seansie nic innego. Niesamowity obraz, który trwa we mnie cały czas i sprawia, że mam nieznośną gulę w gardle. Aktorsko rewelacyjny, zagrany bez jednej fałszywej nuty, a rola Justyny Wasilewskiej warta jest wszystkich możliwych nagród.
Oczywiście jedynym filmem z sekcji konkursowej, którego nie widziałam, jest wygrany Posmak tuszu. Żałuję, bo porównywany do kina Dolana obraz o wydziaranym hardcore’owcu na pewno by mnie uwiódł, jednak w programowej selekcji wygrało u mnie pokazywane o tej samej godzinie Perfect Blue (czego nie żałuję).
Serce miłości


#Retro_Japan
Czyli absolutny hit festiwalu. Akira, Perfect Blue i Ghost In the Shell- trzy diametralnie różne, ikoniczne anime. Obejrzałam dwa pierwsze tytuły, czyli antyutopijną opowieść o zakompleksionym chłopcu, który nagle zostaje obdarzony niewyobrażalną siłą. Warstwa wizualna robi ogromne wrażenie, szczególnie obrazy wielkiego miasta i scena przemiany bohatera, jednak sama fabuła nie powaliła mnie, być może dlatego, że paru rzeczy nie zrozumiałam. Zupełnie inaczej ma się rzecz z Perfect Blue. Choć zwrotów akcji tu tyle, co w nieznośnym dla mnie Podwójnym kochanku, to twórcom udało się pokazać trudność związaną ze zbudowaniem spójnej tożsamości, szczególnie przy tak schizofrenicznym zawodzie jak aktorstwo oraz nakręcić obraz przekonujący psychologicznie, co jest niezmiernie trudne w wypadku takich mindfucków.
#Czarny_Koń_Animacji
W tym roku całkowicie zignorowałam teledyski i bardzo mało czasu poświęciłam animacjom. Kolejny raz żałuję, obiecując sobie, że ostatni raz chodziłam do pracy w czasie trwania festiwalu. Widziałam tylko jeden set animacji, niemniej jednak był to set bardzo dobry. Bez wygranego Pierwiastka ludzkiego, za to z rewelacyjnym Bankietem (tyle treści i taka pointa w 4 minuty!), urokliwym Meli-Metro i porywającym Ostatnim pokojem. Wyróżnić muszę też świetną animację o walce z własnymi fobiami, czyli Nie myśl o różowym słoniu, przemilczę natomiast tytuły, których zwyczajnie nie skumałam, takie jak [O] i Pulsowanie.
#Wisienki_na_torcie
Brigsby Bear to wymarzony film otwarcia. Trochę komedia familijna, trochę buddy movie, z dopiskiem „tylko dla nerdów!”. W tym bezpretensjonalnym filmie pobrzmiewają echa niedawnych oscarowych produkcji: Pokoju i Cloverfield Lane 10, z tą różnicą, że tutaj główny akcent pada nie na sytuację, w której znalazł się bohater, ale na jego pasję, która pomaga mu zjednać sobie ludzi i pogodzić się ze starą i nową rodziną. Dla osób, które mimo dawnego przekroczenia progu dorosłości nadal potrafią godzinami gadać o filmach, komiksach, czy Gwiezdnych Wojnach, obejrzenie tego filmu będzie jak wciągnięcie kilograma cukru. I to bez żadnych skutków ubocznych!
Niewątpliwie najlepszym filmem, jaki zobaczyłam na Ars Independent, i tutaj żadnego zaskoczenia nie będzie, był Jubileusz Dereka Jarmana. Nie chodzi tylko o to, że punk rock, seks i przemoc i świat na skraju przepaści. Ten film ma tak niesamowity, niepowtarzalny nastrój, zresztą jak inne filmy Jarmana, że nie można oderwać od niego oczu i emocji. Plus transgresja i kilka mądrych zdań płynących z ust demonicznego impresario równa się kwintesencja genialnego, artystycznego kina.
Animacje Jeana Painlevégo to przyrodnicza jazda bez trzymanki. Artystyczne, momentami oniryczne zdjęcia, kojarzą się bardziej z twórczością awangardową niż z filmem naukowym. Niepowtarzalna narracja, często dowcipna, czerpiąca z kina gatunków, z horrorem na czele, jest nie tylko hymnem na cześć świata natury, ale także samego kina, które pozwala wydestylować piękno z otaczającego świata. Fabuła, suspens, napisy „fin” ułożone z wodorostów czy koników morskich, a nawet tak wyraźne mrugnięcia do widza, jak matka chłopca łowiącego krewetki z twarzą Grucho Marxa, to tylko wierzchołek góry lodowej niespodzianek kryjących się w dokumentach francuskiego badacza i, chyba przede wszystkim, artysty.

Tegoroczna edycja Ars Independent to była uczta na fest. Mnóstwo tematów do rozmyślań, mnóstwo obrazów do zapamiętania, wiele nowych odkryć, może dla niektórych będą to odkrycia na nowo, wszak jednym z głównych punktów imprezy była retrospektywa Jerzego Kawalerowicza. Podsumowanie tych wszystkich przeżyć może być tylko jedno – proste i dość często pojawiające się na festiwalu słowo. Dziękuję.